Życie z prototypem – DBC Flame po sezonie

Pierwszy sezon z prototypową ramą Dragon Bike Components Flame zakończony – czas na kilka słów podsumowania.

Prototyp rządzi się swoimi prawami

Decydując się na jazdę na prototypie wiedziałem, że bez wyrzeczeń się nie obejdzie. Flame ma niedociągnięcia. Wiele z nich to tak zwane choroby wieku dziecięcego, drobiazgi, które w codziennym użytkowaniu w niczym nie przeszkadzają i nie wpływają na użytkowanie roweru. Elementem wymagającym poprawy jest z pewnością tylny wahacz. Niestety nie gwarantuje on wystarczającej sztywności i powoduje uciekanie tylnego koła w zakrętach. Dla mnie ta nerwowość jest wyczuwalna głównie na mocno pokręconych trasach, takich jak bielski Twister. Łatwo sobie jednak wyobrazić, że dla dobrego ridera, potrafiącego wycisnąć z roweru dużo więcej niż ja, byłby to spory minus. Dużo osób zwraca też uwagę na niewielką ilość miejsca na tylną oponę i błoto. Niewiele jest też miejsca na przednią zębatkę. Pojawiły się też obawy o mocowanie linków – kilka osób wyraziło opinię, że mogą pęknąć. Póki co, odpukać, trzymają się dobrze.

Warto dodać, że od maja w rowerze zmienił się w zasadzie jeden element – wadliwa klamka hamulca została zastąpiona nową. Ze względu na braki magazynowe, mam teraz dwie różne… na pocieszenie pozostaje fakt, że pod koniec sezonu padła też druga, więc na wiosnę pewnie też zostanie wymieniona i wszystko wróci do normy. Miał być myk-myk, ale jakoś się nie składało, żeby go w końcu kupić. Miała być zębatka narrow wide na przód, ale też nie wyszło, przez co dość często jazdę przerywało spadanie łańcucha. Te rzeczy nie mają jednak nic wspólnego z ramą, a to na niej powinna skupiać się uwaga. 

To nie jest rower na całodniowe tripy

Brawo Sherlocku, jak na to wpadłeś? Wystarczy rzucić okiem na geometrię – to maszyna z pogranicza enduro i freeride’u a nie wycieczkowiec. Sprzęt na hardkorowe trasy enduro i do bike parków. Problem w tym, że równie dobrze ten akapit mógłbym zatytułować „To nie jest rower dla mnie”. Wielokrotnie podkreślałem, że właśnie całodniowe górskie eksploracje są tym, co mnie kręci najbardziej. A w związku z tym, że Flame jest jedynym moim rowerem górskim, to właśnie do takich wycieczek był głównie wykorzystywany. Muszę przyznać, że mocno mnie zaskoczył swoją uniwersalnością. Kilkadziesiąt kilometrów po górach można przejechać bez większych wyrzeczeń i w komforcie. Do pokonywania metrów w górę nie potrzeba wyciągu – wystarczy odpowiednia kondycja i dobrze dobrane tempo. Owszem, raczej powolne – warto przy tym zaznaczyć, że w moim rowerze znalazł się napęd 1×10 z okrągłą zębatką 30T z przodu i kasetą o zakresie 11-42. Niestety na bardziej stromych czy trudniejszych technicznie podjazdach często musiałem odpuszczać i schodzić z roweru tam, gdzie inni podjeżdżali bez większego trudu. Wbrew pozorom nie miałem wrażenia, że brakuje mi przełożenia. Winę za ten stan upatruję w geometrii roweru, w której główny nacisk położono na stabilność i zwrotność podczas zjazdu (np. kąt główki wynosi – na papierze – 65 stopni), a nie zdolność podjeżdżania wszystkiego z łatwością sztywniaka xc. Sytuacji w moim Flamie na pewno nie przysłużył się też bardzo krótki mostek.

Mamy tu do czynienia z jednozawiasem, w dodatku ze sprężynowym damperem bez blokady. Naturalnie rodzą się więc pytania o bujanie zawieszenia. Oczywiście nie udało się go wyeliminować w pełni, ale dla mnie osobiście jest mało odczuwalne i nie przeszkadza podczas jazdy.

Tyle miejsca zostaje przy zastosowaniu opony Continental Race King 2.4

Przesuwanie granicy

Zdecydowanie ważniejsze w przypadku tego roweru jest jednak to, jak radzi sobie na zjazdach. Nie ma co ukrywać – ja nie jestem w stanie wykorzystać jego możliwości nawet w połowie. Mamy tu 170 milimetrów skoku ramy i geometrię przygotowaną z myślą o zjeździe. Zawieszenie, mimo prostej konstrukcji, pracuje rewelacyjnie, pozwalając na pokonywanie naprawdę dużych przeszkód. Rower chętnie nabiera też prędkości i nie ma większych problemów ze zmianą kierunku. Nie jest to może najzwrotniejszy sprzęt, z jakim miałem do czynienia, ale nie ma też wrażenia prowadzenia tankowca. Jedyny poważny zarzut to wspomniana już na początku giętkość wahacza, która powoduje pewną nerwowość tyłu przy szybkim pokonywaniu zakrętów. Mimo to jeżdżąc na Flamie czułem się pewnie i bezpiecznie. To kolejny po Steppenwolfie rower, który mocno przesunął granice mojego poczucia bezpieczeństwa. W przypadku mojego zeszłorocznego roweru był to jednak głównie efekt przesiadki z budżetowego hardtaila na fulla. Tymczasem Flame oferuje bardzo szeroki wachlarz umiejętności. Jednocześnie nie wyręcza jeźdźca – potrafi dużo wybaczyć, ale wymaga pewnej ręki. Czy jest w stanie zaspokoić potrzeby ambitnego endurowca lub zawodnika walczącego o jak najlepszy wynik na oesach? Kilku takich w minionym sezonie miało okazję na nim jeździć i opinie były raczej pozytywne.

Wskaż element, który tu nie pasuje… To jedna z kosmetycznych wpadek w projekcie

Podsumowanie (ale to jeszcze nie koniec)

Stworzenie Flame’a było ze strony DBC odważnym posunięciem. Decyzja o zakupie tej ramy przeze mnie też. Czy po pierwszym sezonie możemy śmiało powiedzieć „dobra robota”? Pierwsza wersja Flame’a nie jest idealna i trzeba to jasno powiedzieć. Ale tak naprawdę wszyscy liczyliśmy się z tym, że błędów nie da się uniknąć. Najważniejsze, że większość potknięć to kosmetyka. Najwięcej poważnych wpadek zalicza wahacz – w sumie dobrze, łatwiej przeprojektować i zmienić jeden, nazwijmy to „niezależny” element, niż całą ramę. Chociaż w DBC mają inne zamiary, ale o tym za chwilę. Trzeba jednak przyznać, że prototypowy Flame to rama pozwalająca na zbudowanie naprawdę dobrego roweru enduro. Ok, może nie spełnia najnowszych standardów, ale po wprowadzeniu kilku niedużych zmian mogłaby znaleźć swoje miejsce na rynku. Ja osobiście jestem zadowolony z tego wyboru. Do tego stopnia, że Flame zostanie ze mną na kolejny sezon.

Co dalej?

W DBC trwają intensywne prace nad ramą Flame V2. Pierwsze szkice mnie nie zachwyciły, ale z oceną poczekam na pojawienie się kompletnego roweru. Mam też nadzieję, że będzie mi dane się na nim przejechać i opisać na blogu. O szczegółach na pewno dowiecie się od producenta – dość powiedzieć, że ewolucja jest znaczna. Na tyle, że pierwszy Flame na niej nie skorzysta – moja rama nie doczeka się nowych, przeprojektowanych elementów. No, może nie do końca – pojawi się element, który poprawi sztywność tyłu. Aktualnie Flame czeka na gruntowny przegląd – zamierzam rozkręcić go do ostatniej śrubki. Na pewno dostanie w końcu sztycę regulowaną i zębatkę NW. Inne zmiany zależą od budżetu. Przez krótki czas chodziło mi po głowie poskładanie Flame’a niemal od nowa, oklejanie itd. Doszedłem jednak do wniosku, że to bez sensu, bo za rok i tak go rozbiorę i części sprzedam, a ramę powieszę na ścianie. 

Więcej o Flame:

1 thought on “Życie z prototypem – DBC Flame po sezonie”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *