Five ten Freerider – pierwsze wrażenia

Kiedy myślimy o butach do pedałów platformowych, Five Ten są niejako domyślnym wyborem. Główna w tym zaleta podeszwy Stealth, której przypisuje się niemal magiczne właściwości. Z drugiej strony Five Tenom często zarzuca się niską jakość wykonania i kiepską wytrzymałość. Basia jeździ w swoich Freeriderach od kilku miesięcy, pora więc podzielić się pierwszymi wrażeniami.

Freerider to absolutny “entry level” w ofercie producenta. Zdecydowanie nie są to twarde buty do ostrego haratania. Mają charakter raczej mocno casualowy, równie dobrze wyglądają z dżinsami, jak z ciuchami czysto rowerowymi. Postawiłam na model męski, w jedynym słusznym kolorze z delikatnymi niebieskimi dodatkami – dyskretny i nierzucający się w oczy. Jeżeli ktoś za wszelką cenę chce się wyróżniać na szlaku krzykliwym ubiorem, raczej nie będzie zachwycony.

Buty są bardzo wygodne. Dobrze się je wkłada, oczywiście jeśli ktoś, tak jak ja, nie ma nic przeciwko sznurowadłom. Moim zdaniem to lepsze rozwiązanie od rzepów – zapewnia optymalne trzymanie buta na nodze, mimo, iż swoich butów nie wiążę „na kokardkę”. Jednak dla ochrony przed wodą przydałaby się nakładka na rzep, zasłaniająca sznurowadła. Podeszwa jest stosunkowo twarda, przeznaczeniem butów oczywiście nie jest chodzenie. Mimo to nie spisują się najgorzej na długich stromych podejściach, na których trzeba wypychać rower. Twarde noski zapewniają wystarczającą ochronę przed uderzeniami, chociaż przy naprawdę mocnym spotkaniu z rozpędzonym kamerdolcem mogą być niewystarczające. A jak z tym legendarnym trzymaniem pedałów? Dość powiedzieć, że – póki co – nie zdarzyło mi się, by stopa spadła w trakcie jazdy z pedała. I to mimo faktu, że w moich pedałach z oryginalnych pinów zostało niewiele – część z nich wypadła (niektóre zostały zastąpione profesjonalnymi pinami wprost ze sklepu metalowego), inne się połamały albo pogięły. Na szczęście, jak widać, Freeriderom braki w pinach nie przeszkadzają. Miałam okazję sprawdzić je w zestawieniu z naprawdę dobrymi (czyt. drogimi) pedałami i powiem krótko – taki zestaw wymiata!

Podobno dobre klejenie podeszwy Stealth nie idzie w parze z jej wytrzymałością. Znamy przypadki Freeriderów, które po kilku latach użytkowania mają się świetnie, jak i takie, które pękają po około pół roku. Moje po kilku miesiącach mają się, odpukać, nieźle. Podeszwa nie wygląda na zmęczoną i nie nosi wyraźnych śladów zużycia. 

Freeridery po wypakowaniu z pudełka prezentowały się świetnie (przynajmniej mój model). Pierwsze, zimowe jazdy, głównie na singlu i po asfaltach, nie zrobiły na nich wrażenia, podobnie jak górskie tripy i objazdy ścieżek (suchych i prawie suchych). Dopiero po kilku przejażdżkach w deszczu lub tuż po deszczu, po których trzeba było buty dokładnie wyczyścić, da się na nich zauważyć oznaki użytkowania – zamszopodobny materiał z którego wykonane są fragmenty cholewki przy podeszwie i sznurowadłach trochę się zmechacił. To chyba najsłabszy element butów, który średnio pasuje do charakteru butów MTB. Jazda w mokrych warunkach pokazuje też kolejną wadę Freeriderów – mimo, iż zapewniają dość dobrą ochronę przed przemoczeniem, to jednak schną dość powoli. Zostawienie ich na noc może być niewystarczające, by rano cieszyć się komfortem jazdy w zupełnie suchych butach.

Po dotychczasowych doświadczeniach z Freeriderami mogę je śmiało polecić osobom, które szukają wygodnych i dobrze trzymających butów w przyzwoitej cenie. Chociaż przyzwoita cena to w przypadku butów rowerowych pojęcie mocno względne. Trzeba jednak zaznaczyć wyraźnie, że nie mają jeszcze za sobą pełnego sezonu, więc na ostateczną ocenę przyjdzie czas jesienią. Na szczęście kupowanie butów sportowych to pestka w porównaniu z wyborem i zakupem szpilek…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *