Born to be wild? Steppenwolf po sześciu miesiącach.

Steppenwolf jest w moim posiadaniu od pół roku. To dość czasu, by postarać się odpowiedzieć na ważne pytania – jak to jeździ i czy ta egzotyczna w Polsce marka jest warta zainteresowania?


Najważniejsze cechy Steppenwolfa opisywałem już w poprzednich wpisach, nie będę się więc powtarzał – zainteresowanych odsyłam do linków pod tym artykułem. Teraz najważniejsze jest, jak rower sobie radził przez sześć miesięcy wspólnych jazd.

p1110733

Bez większych ambicji

Wielokrotnie podkreślałem, że Steppenwolf ma dość szerokie spektrum zastosowań. Sprawdza się na sztucznych i naturalnych singlach, większość oesów z zawodów enduro też powinien ogarnąć a po zmianie opon mógłby od biedy stanąć na starcie maratonu. Oczywiście bez większych nadziei na zajęcie dobrego miejsca. Posiadając przednią przerzutkę i archaiczne trzy blaty z przodu jest też niezłym kompanem na całodniowe wypady w góry. Z drugiej strony rower na żadnym polu nie wyróżnia się niczym specjalnym. Będzie więc dobrym wyborem dla osób szukających niezbyt ambitnego, w miarę uniwersalnego fulla. Będzie świetny dla początkujących i średnio zaawansowanych jeźdźców. Dla mnie to pierwszy full i szczerze mówiąc chyba nie mogłem trafić lepiej. Dlaczego? Przesiadka ze sztywniaka czy nawet fulla o mniejszym skoku na zawieszonego ścieżkowca to ogromny przeskok. Pewność siebie wzrasta wielokrotnie, zaczynasz się zapuszczać w miejsca, które wcześniej wydawały się nieosiągalne. Kilkukrotnie przekonałem się, że poziom umiejętności niestety nie rośnie wprost proporcjonalnie do poziomu pewności siebie – poobijałem się w tym sezonie jak nigdy. Jednocześnie w mojej głowie pojawiła się pewna teoria.

Małymi kroczkami

Stara zasada mówi, że najwięcej uczysz się na hardtailu. Wybór Steppenwolfa jako pierwszego fulla zupełnym przypadkiem okazał się świetnym kolejnym krokiem w moim rozwoju. Żeby to dobrze zobrazować zestawię go z dwoma innymi rowerami tej samej kategorii, z którymi miałem styczność w tym roku – Giantem Trance i Trekiem Remedy. Jako maniak motoryzacji posłużę się też „samochodowym” porównaniem.

p1110735

Jako samochodowy odpowiednik Gianta widzę nowoczesnego, uniwersalnego hot hatcha (Wikipedia – klik), np. Focusa RS. Podjedziesz nim po bułki do sklepu i podrzucisz dzieci do szkoły, ale odpowiednio potraktowany potrafi wierzgnąć. Jest szybki i precyzyjny, prowadzi się jak po sznurku. Trek to Porsche 911 – trochę mocniejsze i szybsze, perfekcyjnie dopracowane dzieło współczesnej inżynierii . W zasadzie robi to samo co Focus, ale ze względu na logo producenta kosztuje odpowiednio więcej. Tymczasem Steppenwolf to stara szkoła amerykańskich muscle carów (Wiki?). Jak już się rozpędzi to wymaga silnej i pewnej ręki. Tam, gdzie konkurenci zostawiają spory zapas bezpieczeństwa, on jest nerwowy i wymaga całkowitego skupienia od prowadzącej go osoby. Nie ma w nim odrobiny finezji, stawia na proste rozwiązania. Nie jest tak, że trzeba z nim walczyć, żeby go utrzymać w ryzach. Ale przysłowiowym jednym palcem nie da się go prowadzić – jeżeli chcesz zmienić kierunek jazdy albo oderwać go od ziemi potrzebny jest wyraźny komunikat. I wiecie co? I bardzo dobrze!

Tak, uwielbiam muscle cary, ale nie w tym rzecz. Chodzi o to, że ja cały czas się uczę, a ten rower świetnie się do tego nadaje. Remedy jest rowerem, który mocno nadrabia braki jeźdźca. Możesz na niego wsiąść nie mając za grosz techniki i poczuć się jak zawodowiec. Problem w tym, że większość roboty wykonuje rower. Podejrzewam, że gdybym ten sezon spędził właśnie na takim rowerze, pod względem skilla nie zrobiłbym żadnych podstępów. Jeżdżąc na rowerze wymagającym automatycznie musiałem przystać na jego warunki. Subiektywne – i „obiektywne”, mierzone za pomocą Stravy – odczucia pokazują, że są efekty. Jest coraz szybciej i coraz pewniej. Chociaż wciąż daleko od ideału, o czym świadczy kilka nowych blizn…

p1110734

W czym rzecz?

Z powyższego wywodu wysnuć można jeszcze jeden wniosek – to nie jest rower dla wymagających riderów, szukających sprzętu pozwalającego na urywanie setnych sekundy na kolejnych oesach i łojenia tyłków kolegom. Za ten stan rzeczy odpowiada oczywiście rama. Jest po prostu toporna. Tylny trójkąt z rurek o kwadratowym przekroju może i wygląda ciekawie, ale pojęcie sztywności jest mu obce. Biorąc pod uwagę, że producent nie oszczędzał na wyposażeniu i znalazły się tu całkiem dobry widelec i damper, braki ramy są wyraźne. Ewidentnie nie nadąża ona za całą resztą. Ale bądźmy szczerzy – wielkiego zaskoczenia w tej kwestii nie ma. Już w pierwszej prezentacji roweru zaznaczałem, że rama jest największą niewiadomą. Na plus można jej zapisać wytrzymałość – zniosła trudy tego sezonu bez większych uszczerbków. To o tyle istotne, że bez awarii się nie obyło.

p1110738

Awarie

Trafiły się dwie, w tym jedna, która unieruchomiła rower na dłużej. Co ciekawe, obie miały miejsce w tym samym czasie. Pierwsza dotyczyła tylnej przerzutki XT Shadow plus, a objawem był wiszący zupełnie luźno łańcuch. Pomogło wyczyszczenie i regulacja sprzęgła. W zasadzie drobiazg.

p1110170

Druga usterka okazała się znacznie poważniejsza i w zasadzie do dziś nie została usunięta. W trakcie wypadu w Gorce „skończył się” tylny hamulec. Miękka klamka zapadająca się niemal do gripa, a siły hamowania brak. Odpowietrzenie i przelanie hamulca nie pomogło, a w płynie pływały jakieś opiłki. Diagnoza – wytarty tłoczek w klamce, część do wymiany. Rower odesłany na naprawę gwarancyjną wrócił… ze starą klamką, za to z nowymi klockami. Temat pozostaje otwarty i w sumie nadaje się na osobny wpis, za jakiś czas możecie się go spodziewać.

p1110732

Pytanie najważniejsze – czy było warto?

Przypominam, że za nowy rower zapłaciłem 5,5 tysiąca złotych. Do pełni szczęścia brakowało mi w tym sezonie w zasadzie tylko regulowanej sztycy. Ale tak naprawdę nawet gdybym miał wymieniać ramę na jakąś sensowniejszą (a tę sprzedać za kilka groszy) i dokupić myk-myka, to jest szansa na złożenie poniżej dziesięciu tysięcy roweru pod względem osprzętu lepszego niż konkurencja z tej półki cenowej. Odpowiedź na pytanie z nagłówka wydaje się zatem oczywista.

P.S. O wymianie ramy wspominam nieprzypadkowo, ale na razie nic nie jest pewne i niewykluczone, że Steppenwolf zostanie ze mną w niezmienionej formie na dłużej.

Zobacz też:

2 thoughts on “Born to be wild? Steppenwolf po sześciu miesiącach.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *