Baranek i silnik – czy to ma sens? Test Whyte Winchelsea.

System wspomagania Fazua niewątpliwie ma zalety. Ale czy ma sens? Miałem okazję sprawdzić to, testując Whyte’a Winchelsea.

Co to jest ta Fazua?

Ze względu na różne zawirowania nie udało mi się nakręcić bike checku tego roweru. Zainteresowanych specyfikacją odsyłam do strony producenta. Oczywiście najciekawszym elementem jest wspomaganie elektryczne. Whyte zdecydował się na system Fazua, póki co spotykany w elektrykach stosunkowo rzadko.

Z pewnością największą zaletą tego rozwiązania jest kompaktowa budowa i waga. Dzięki temu Fazua idealnie pasuje do rowerów szosowych czy graveli. Rower nie wygląda jak upośledzony, w zasadzie patrząc z daleka nie widać, że to elektryk. Wskazuje na to tylko pilot na kierownicy i dolna rura ramy, gruba jak najedzony wąż boa. W rowerze nie ma nawet gniazda do ładowania – znajduje się ono bezpośrednio w baterii, tuż obok głównego włącznika.

Po kilku godzinach bezczynności (według informacji, do których dotarłem po 8) system wyłącza się samoczynnie. Niestety nie da się go wzbudzić z pilota na kierownicy, trzeba wyjąć baterię. Dla kogoś, kto zamierza korzystać z roweru na co dzień może to być upierdliwe. Zastanawiam się też, na ile takich wyjęć/włożeń baterii producent przewidział żywotność wszystkich elementów.

Elektryka w rowerze z barankiem? Na co to komu?

Fazua ma trzy poziomy wsparcia – Breeze, River i Rocket. Dwie pierwsze nazwy są adekwatne, trzecia mocno przesadzona. Różnice między poszczególnymi trybami są wyczuwalne, ale żaden z nich nie wyrywa z butów. To, co na pewno zasługuje na pochwałę, to płynna i niemal niezauważalna praca. Wspomaganie działa sobie gdzieś w tle, nie szarpie, jest stosunkowo ciche i po chwili potrzebnej na przyzwyczajenie można wręcz o nim zapomnieć.

W zasadzie większość testu przejeździłem w trybie najsłabszym. Podczas jazdy miejskiej i na spokojnej wycieczce jest on w zupełności wystarczający, a widząc podjazd częściej sięgałem do manetki przerzutki niż pilota Fazuy. Tryby River i Rocket (co oni palili jak to wymyślali?) włączałem tylko na naprawdę długich i stromych podjazdach.

Dlaczego tak się czepiam nazwy Rocket? Bo Fazua nie jest po to, by na rowerze jeździć szybciej. Po przekroczeniu 25 km/h czeka niespodzianka – system się rozłącza. Zostajesz sam z rowerem, który waży znacznie więcej niż typowa szosa czy gravel. A 25 km/h osiąga się bardzo szybko. I tu pojawia się podstawowe pytanie…

Czy to ma sens?

Po pierwszym kontakcie z Winchelsea wydawało mi się, że nie. Na zwykłym gravelu mógłbym pojechać szybciej i pewnie dalej – nie ograniczałby mnie zasięg baterii, a własna kondycja. Jasne, zmęczyłbym się bardziej, ale należę do tej grupy rowerzystów, którym zmęczenie na rowerze w żaden sposób nie przeszkadza.

Tyle tylko, że ja po prostu nie jestem w grupie docelowej producentów rowerów elektrycznych. Elektryki MTB mogą służyć osobom starszym lub z gorszą kondycją, nadają się na wszelkiego rodzaju Transalpy i inne eksploracje, a od pewnego czasu potrafią po prostu dawać frajdę. Z systemem Fazua jest trochę inaczej. Tu wspomaganie robi dokładnie to, na co wskazuje jego nazwa. Nie pozwoli Ci pościgać się z szybszymi kolegami, ale sprawdzi się jeśli chcesz jeździć na spokojne wycieczki, a kondycja pozwala Ci co najwyżej dojechać do granic miasta. Jest też dobrym rozwiązaniem dla osób, które na rowerze robią kilkadziesiąt kilometrów każdego dnia i chcą po prostu mniej się męczyć.

Stworzony do miasta

A sam Winchelsea? W dużym uproszczeniu można powiedzieć, że to zelektryfikowana wersja Glencoe, na którym jeździłem kilka lat temu. Swoją drogą, skoro wtedy nazwałem Glencoe szosą na sterydach, to co powiedzieć o Winchelsea?

Podobnie jak analogowy brat, zadziwia wszechstronnością. Nadaje się zarówno do stroju sportowego, jak i jeansów, czy nawet garnituru. Moim zdaniem jego środowiskiem naturalnym są asfalty wszelkich kategorii, kostka brukowa, studzienki kanalizacyjne i krawężniki. Mówiąc krótko – to idealny mieszczuch. Ale też niezły wycieczkowiec. Na szutrach radzi sobie przyzwoicie, jednak w lesie czuje się raczej nieswojo. Dla miłośników błota i nieutwardzonych nawierzchni jest Gosford – również z systemem Fazua, ale o nieco agresywniejszym usposobieniu.

1 thought on “Baranek i silnik – czy to ma sens? Test Whyte Winchelsea.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *