Krótka historia o tym, jak Beskid Żywiecki mnie wykończył

Jak mawiają za granicą: „be careful what you wish for”…

Porządna górska wyrypa śni ci się po nocach. Przy okazji każdego zbliżającego się weekendu powtarzasz sobie, że to teraz. Ale zawsze coś staje na drodze, tygodnie przechodzą w miesiące i znienacka nadchodzi jesień. Teraz albo nigdy! Wyznaczasz sobie ostateczny termin. Planujesz trasę w najgłupszy możliwy sposób, czyli na mapach online. W końcu jedziesz! Radość miesza się z niepokojem, co cię czeka. Po czterdziestu minutach na trasie masz już dość i zastanawiasz się, za czym tak naprawdę tęskniłeś. Starasz się wyprzeć ten dzień z pamięci, ale wypadałoby go jakoś opisać dla potomnych. Zwlekasz ile się da. W końcu, po 3 dniach, sprawdzasz zawartość aparatu. I okazuje się, że masz do dyspozycji aż pięć zdjęć, z czego trzy przedstawiają błoto.

Plany były ambitne. Start z Sopotni Wielkiej na Halę Miziową i stamtąd transfer na Rysiankę. Ba, nawet o Romankę chciałem zahaczyć! Wiadomo było, że to nie będą rurki z kremem. Już na dzień dobry dostałem w mordę solidnym wypychem. A dalej było jak u Hitchcocka. Zaczęło się od rozjazdu. Oznaczenia szlaku nigdzie nie dostrzegłem, więc wybrałem tę drogę, która bardziej mi się podobała. Podskórnie czułem, że to błąd, ale hej, przecież skoro jest droga, to musi gdzieś prowadzić. To nic, że przez te wszystkie lata powinienem się nauczyć, że w górach ta zasada nie obowiązuje. Zawsze jest nadzieja. O tym, czyją matką jest nadzieja przypomniałem sobie, gdy droga zmieniła się w górski potok. A potem strumyk. Zarośnięty jak diabli. Z nachyleniem tak dużym, że nie ma skali, by je wyrazić. Serio, momentami zaczynałem wątpić, czy uda mi się przedrzeć.

Gdzieś tam dołem płynie woda, a górą próbuje się przedzierać debil z rowerem…

Jednak powrót nie wchodził w grę. A jak już się udało wygrzebać z tarapatów i dotrzeć do szlaku, głośno odetchnąłem z ulgą. 3,5 kilometra w półtorej godziny, chyba z tą Romanką się nie uda… Za to szlak okazał się całkiem przyjemny. Momentami nawet bardzo. Przynajmniej do momentu, w którym dojechałem do łączenia zielonego i czarnego szlaku, jakiś kilometr przed Halą Górową. I to był punkt kulminacyjny, moment, w którym przysiągłem sobie, że nigdy więcej Żywieckiego. Dlaczego? Zdjęcia powinny wystarczyć za odpowiedź. Na filmie też wylewam trochę żali na ten temat…

Spotkani po drodze turyści twierdzą, że między Miziową a Rysianką jest jeszcze gorzej. No i spoko, przynajmniej nie muszę tam jechać. A raczej spacerować, bo o jeździe w tych warunkach nie ma mowy. W końcu jednak droga zwózkowa oddziela się od szlaku i znów robi się przyjemnie. Na Halę Miziową docieram po około 2,5 godziny od startu. Przed schroniskiem tłumy ludzi, ale udaje mi się dorwać wolny leżak i w miarę zregenerować. Staram się nie myśleć o zjeździe. W zasadzie jedyną sensowną opcją wydaje się żółty szlak w kierunku Korbielowa. Z początku zatłoczony i błotnisty, oferuje pełen przegląd górskich dobrodziejstw. Są szybkie szutrowe odcinki, jest nasza kochana rąbanka i mocno techniczne fragmenty najeżone sporymi korzeniami i kamieniami. Te ostatnie trochę mi się kojarzą z Rychlebami. Zjazd częściowo wynagradza wcześniejsze trudy. Ma jednak jedną wadę. Żeby wrócić do Sopotni, muszę zaliczyć jeszcze jeden podjazd. I znowu mozolnie cisnę pod górę, a jak się nie da albo nie chce, to pcham i zastanawiam się po co mi to było…

Po więcej obrazków (w dodatku ruchomych) i podsumowanie zapraszam tu:

Dodaj komentarz

Twój adres e-mail nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *