Trzy miesiące po wypadku…

Skręcenie stawu skokowego z naderwaniem ścięgien. Wydawało się, że nic groźnego. Poboli, kilka tygodni trzeba będzie się oszczędzać, a potem myk – z powrotem na rower. A tymczasem…

Wypadek

Długi sierpniowy weekend, sobota – dzień przed wyjazdem w Gorce, późna noc. Jadę sobie jedną z głównych przelotowych ulic miasta, zbliżając się do skrzyżowania, na którym, ze względu na porę sygnalizacja świetlna była wyłączona. Nadjeżdżający z prawej strony samochód wjeżdża na skrzyżowanie, po czym w jego połowie nagle się zatrzymuje – prawdopodobnie kierująca założyła, że nie zdąży przejechać przed nadjeżdżającym z jej prawej samochodem – po czym… zaczyna cofać. Widząc dziwne zachowanie samochodu zaczęłam hamować, niestety było za późno. Przednie koło mojego singla spotkało się ze zderzakiem samochodu, rower się przewrócił, ja razem z nim. Pani zahamowała, ale było już za późno. Podniosłam się, wyszarpałam rower spod samochodu. Sprawczyni wypadku wysiadła z samochodu i zaczęła coś do mnie mówić, przepraszać i pytać czy wszystko w porządku. W porządku? W pierwszej chwili byłam tak wściekła, że nie słuchałam jej, nie zwracałam nawet uwagi na ból nogi. Kiedy okazało się, że singiel już nigdzie nie pojedzie miałam ochotę rozszarpać tę kobietę. Z pobliskiej stacji benzynowej, na którą zeszłyśmy, żeby nie blokować skrzyżowania, zadzwoniłam po Piotrka. Pani cały czas pytała, czy nie zabrać mnie do szpitala, nie odwieźć do domu, próbowała nawet wpakować mój rower na tylne siedzenie swojego niewielkiego, miejskiego samochodu.

Izba przyjęć

Piotrek przyjechał po kilku minutach, w międzyczasie zdążyłam wymienić się numerem telefonu ze sprawczynią wypadku, która prosiła o informowanie jej na bieżąco o moim stanie zdrowia i zobowiązała się pokryć wszelkie koszty związane z doprowadzeniem mnie i mojego singla do stanu sprzed wypadku. 

Na izbę przyjęć dotarliśmy kilka minut po pierwszej. Czekałam nie więcej niż 10 minut, kiedy nad drzwiami ortopedii zamigał i zmienił się na ten, który trzymałam w ręce. Weszłam.

  • Co się stało? – zapytał znudzony lekarz.
  • Przewróciłam się na rowerze i jakoś tak niefortunnie upadłam, i teraz bardzo boli mnie kostka. – odpowiedziałam.
  • O tej porze? Na rowerze? – usłyszałam w odpowiedzi – Proszę pokazać tę kostkę.

Lekarz obejrzał nogę, dotknął z jednej strony, dotknął z drugiej i wysłał na prześwietlenie. Kiedy wróciłam do niego kilka minut później, oglądał już zdjęcia mojej kostki.

  • Skręcenie stawu skokowego, naderwanie ścięgien. – zdiagnozował, zasiadł do komputera i zaczął stukać w klawiaturę.
  • I? Zapakujecie mnie teraz w gips? – zapytałam niepewnie.
  • Nie, wszystkie zalecenia będzie miała pani zaraz na wypisie, który przygotowuję.
  • A rower? Kiedy znów będę mogła jeździć? – zapytałam.
  • Za jakieś trzy tygodnie. – odrzekł nie odrywając wzroku od komputera.
  • A góry? W sensie, jazda po górach? – kontynuowałam.
  • Z tym powinna się pani wstrzymać jeszcze dłużej.

Chwilę później dostałam wydruk z zaleceniami: zimne okłady kilka razy dziennie, Altacet i opaska uciskowa albo bandaż elastyczny, do tego miałam poruszać się z kulą ortopedyczną i tyle, żadnych innych zaleceń, skierowania do poradni ortopedycznej, ani zwolnienia lekarskiego na izbie przyjęć nie dostałam.

Wypadek zdarzył się kilka dni przed końcem mojego urlopu, więc wydawało mi się, że L4 nie będzie potrzebne. Będę postępować zgodnie z zaleceniami i za kilka dni wszystko będzie ok. Nic bardziej mylnego…

hospital-391746_1280


Przy okazji listopadowego przejazdu Santa Muerte con Bielsko lokalni rowerzyści, w tym oczywiście my, zaangażowali się w pomoc Kindze – rowerzystce z Wrocławia, która uległa bardzo groźnemu wypadkowi. Oczywiście z udziałem samochodu… Ten wpis to dobre miejsce, by zachęcić również Was do zaangażowania się w pomoc. Koniecznie zajrzyjcie na fanpage Pomagamy Kindze stanąć na nogi i sprawdźcie, co możecie zrobić.


Leczenie

Choć postępowałam zgodnie ze wskazaniami, moja kostka spuchła i bolała, dlatego poszłam do lekarza rodzinnego po L4 i skierowanie do ortopedy. Dostałam tydzień wolnego i skierowanie do poradni ortopedycznej z dopiskiem „pilne”. Wizytę u specjalisty udało mi się umówić na koniec sierpnia.

Ortopeda, małomówny i sprawiający wrażenie jeszcze bardziej znudzonego niż lekarz z izby przyjęć, obejrzał zdjęcia, moją kostkę, przepisał jakiś specjalistyczny żel, zalecił dalsze żelowe okłady i kazał zaopatrzyć się w ortezę stawu skokowego, na którą wypisał stosowny druczek i wysłał mnie do NFZ-u w celu uzyskania refundacji. Zapytany, kiedy będę mogła znów jeździć na rowerze, odpowiedział, że za jakieś trzy tygodnie i zaprosił mnie na kolejną wizytę za miesiąc. W gabinecie spędziłam nie więcej niż 10 minut.

Po wizycie u ortopedy pojechałam prosto do NFZ-u załatwić formalności. Wydrukowałam numerek i patrząc na liczbę ludzi w poczekalni, przygotowałam się na długie czekanie. Nie zdążyłam usiąść, a mój numerek wyświetlił się na tablicy kierującej petentów do wolnych stanowisk. Kilka minut później i z kilkoma dodatkowymi pieczątkami na druczku otrzymanym od ortopedy, udałam się do sklepu z zaopatrzeniem medycznym, w którym spędziłam tego dnia najwięcej czasu, wybierając odpowiednią ortezę…

Rehabilitacja – podejście pierwsze

Dwa tygodnie później przestałam chodzić z pomocą kuli, ale ortezę nosiłam nadal, a na kolejną wizytę u ortopedy pojechałam już rowerem.

Lekarz obejrzał moją kostkę i zapytał, jak się czuję, więc, zgodnie z prawdą, odpowiedziałam mu, że nadal mnie trochę boli i nie podoba mi się utrzymujący się obrzęk. W odpowiedzi stwierdził, że obrzęk może utrzymywać się jeszcze kilka miesięcy, wypisał skierowanie do poradni rehabilitacyjnej i zaprosił na kolejną wizytę za dwa miesiące.

Zaczęłam obdzwaniać przychodnie rehabilitacyjne.

  • Dzień dobry! Dostałam skierowanie do poradni rehabilitacyjnej. Skręciłam kostkę i…
  • Na NFZ?
  • Tak.
  • W takim razie zapraszam w maju przyszłego roku.

Tak mniej więcej wyglądały wszystkie moje rozmowy w najpopularniejszych i najlepszych w Bielsku poradniach rehabilitacyjnych.

Przypomniałam sobie jednak, że w przychodni sąsiadującej z moim miejscem pracy, też przyjmuje lekarz rehabilitacji. Szczęśliwie udało mi się umówić na wizytę na początku listopada.

medical-563427_1280

Rehabilitant endurowiec

Lekarz miał mnie przyjąć o 14:00. Zwolniłam się z pracy i poszłam zająć miejsce w kolejce, spodziewając się małego tłumu, bo pan doktor ponoć wrócił niedawno z urlopu. Zarejestrowałam się i skierowałam się pod wskazane przez pielęgniarki drzwi, gdzie czekała mnie miła niespodzianka – prócz mnie nie było nikogo. Usiadłam więc i czekałam, o 14:15 postanowiłam zapukać do gabinetu. Nic. Nacisnęłam klamkę. Zamknięte. Lekarz pojawił się jakiś kwadrans później, przepraszając za spóźnienie. Okazało się, że pan doktor… kupił sobie właśnie nowy rower, który postanowił przetestować na Twisterze i DH+. Dowiedziawszy się, że ja również jeżdżę opowiedział mi o swoim nowym nabytku i o tym jak świetnie się na nim jeździło. Grrr… Zapytałam więc, kiedy ja będę mogła wrócić na rower górski i na crossfit. Niestety przejrzawszy wypis z izby przyjęć i obejrzawszy moją kostkę stwierdził, że w grę wchodzą co najwyżej spinning i szosa… Podwójne grrr…

Dostałam skierowanie na zabiegi rehabilitacyjne z dopiskiem „pilne”, ale pan doktor stwierdził, że o tej porze roku mam raczej marne szanse na znalezienie refundowanej rehabilitacji.

Rehabilitacja – podejście drugie

Zaczęłam więc znowu obdzwaniać przychodnie rehabilitacyjne.

  • Dzień dobry! Mam skierowanie na krioterapię i laser. Czy jest możliwość realizacji tego skierowania w państwa przychodni w ramach NFZ?
  • Oczywiście. Najbliższe wolne terminy mamy w lipcu przyszłego roku.
  • Tyle, że na skierowaniu jest napisane „pilne”.
  • Hmm… W takim razie zapraszam w przyszłym tygodniu (sic!)

Jak widać, mimo iż wypadek z pozoru wydawał się niegroźny, a kontuzja niezbyt poważna, konsekwencje ciągną się za mną dość długo. Sezon MTB zakończyłam w połowie sierpnia i nie ma szans, bym wróciła w góry wcześniej niż na wiosnę. Ograniczone mam też możliwości budowania formy w okresie zimowym. Mój ulubiony crossfit nie wchodzi póki co w grę. Teraz przede mną dziesięć zabiegów rehabilitacyjnych – mam nadzieję, że przyniosą one pożądany skutek i zobaczymy się na szlaku jak najszybciej!

Basia

Mniej lub bardziej powiązane:

2 thoughts on “Trzy miesiące po wypadku…”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *