Tryb nieśmiertelności w pakiecie – wrażenia z jazdy Whyte S-150 S

Ma duże koła, sporo skoku, a jego kolorystyka może kojarzyć się z pewnym legendarnym zespołem związanym z wyścigami samochodowymi. Zapraszamy na wrażenia z jazdy na Whyte S-150S.

Ze skokiem 150 milimetrów i 29-calowymi kołami S-150 stoi trochę w rozkroku między kategoriami “trail” i “enduro”. Teoretycznie powinien radzić sobie równie dobrze na całodniowych wypadach, jak i na wymagających trasach czy zawodach. O potencjale zawodniczym tego roweru świadczą wyniki Mateusza Balińskiego czy Łukasza Szymczuka. Tym, którzy talentu i techniki mają trochę mniej dodaje za to sporo punktów do pewności siebie.

Wniosek ze specyfikacji jest jasny – jeżeli zamierzasz wykorzystywać aluminiowe S-150 do ambitnego ścigania, nie obejdzie się bez upgrade’ów. RockShox Revelation czy Levele TL to produkty, którym znacznie bliżej do trailu, niż twardego enduro. Czyli w sumie tak, jak mnie. Praca amortyzatora mnie nie zachwyciła. Hamulce przy mojej (czytaj: wolnej) jeździe okazały się wystarczające.

Jeszcze niedawno wydawało mi się, że rower na dużych kołach będzie ciężki i toporny, nie będzie płynnie wchodził w zakręty. Tak naprawdę jednak moje doświadczenia z dużymi kołami opierają się głównie na kilku sezonach z krosiarskim sztywniakiem z raczej niskiej półki cenowej. Od nowoczesnego twentyninera z pełnym zawieszeniem dzielą go lata świetlne. Wprawdzie aluminiowy S-150 nie jest lekki (ok. 15 kg), ale jest dobrze wyważony, dzięki czemu doskonale radzi sobie nawet na stromych, krótkich podjazdach (na długich nie radzę sobie ja). Na pewno duża w tym zasługa szerokiego zakresu przełożeń napędu GX Eagle. Z przodu znalazła się zębatka 32T. O czym nawet nie wiedziałam – uświadomił mnie dopiero Piotrek podczas przygotowywania bike checku. Przełożenie jest jednak wystarczające w większości wypadków – podczas wycieczki w Beskid Żywiecki schodzenie z roweru było konieczne w sumie tylko w miejscach, w których podjazd możliwy byłby chyba tylko na motocyklu.

Chyba na żadnym rowerze nie czułam się tak bezpiecznie. Głównym problemem w jeździe w ciężkim terenie jest dla mnie brak pewności siebie. Widząc przed sobą trudną przeszkodę wolę zejść z roweru i go przeprowadzić. Piotrek żartował, że w pakiecie z Whyte S-150 włączył mi się “tryb nieśmiertelności”. Rower jest niezwykle wyrozumiały – można wybrać najgorszą możliwą linię przejazdu, a on sobie poradzi i wybaczy. Jego stabilność w połączeniu z dużymi kołami i sporym skokiem pozwalały mi na pewne pokonywanie miejsc, w których jadąc na swoim prywatnym rowerze (sprzedam Trance’a w dobrej cenie) urządziłabym sobie spacer. Na czarnych i czerwonych trasach Enduro Trails i Rychlebskich ścieżek nie tylko byłam w stanie pokonać elementy, które do tej pory uważałam za “nieprzejezdne”, ale też świetnie się przy tym bawić. Na krętych trasach zaskoczyła mnie ochota tego roweru do pokonywania zakrętów. Radzi sobie z tym nie tylko zaskakująco dobrze jak na twentyninera, ale też lepiej niż większość rowerów, z którymi miałam styczność (no dobrze, nie było ich znowu tak dużo…). W dodatku rower ochoczo odrywa się od ziemi. W sumie to nawet bardziej ochoczo niż ja.

Po tym teście mogę z całą pewnością powiedzieć jedną rzecz. Mój kolejny rower na pewno będzie się toczył na kołach w rozmiarze 29 cali. Czy będzie to Whyte S-150? Czas pokaże, ale… na chwilę obecną nie chcę innego 😉

 

Whyte S-150 2019

Na testową S-150 polowaliśmy od maja. Udało się w końcu w drugiej połowie sierpnia, czyli w momencie, kiedy producenci powoli odpalają kolekcje na kolejny rok. Nowa wersja Whyte’a jest już dostępna i zanosi się, że będzie jeszcze lepsza. W aluminiowym S-150 S pojawi się lepsza wersja RockShoxa Revelation, a za wytracanie prędkości odpowiadać będą Guide’y T. Doceniamy też nowe malowanie i… niższą cenę. Pełną listę zmian znajdziecie na stronie producenta.

Zobacz też:

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *