Top 3: najlepsze rowery, na których miałem okazję jeździć w mijającym roku.

Czyli dwa rowery mogące zagrozić Trekowi i jeden drogi gravel. A w bonusie gravel tani i… elektryk.

Po podsumowaniu sezonu z prywatnym Trekiem (nie czytałeś? Klik!) postanowiłem wybrać najlepsze rowery, które miałem okazję testować w roku 2019.

Ibis Ripley

Jeśli po testach któregokolwiek roweru powiedziałem „chcę go mieć”, to był to właśnie Ripley. Gdybym miał użyć jednego słowa, by go opisać, w ciemno wybrałbym słowo „zabawa”. Po jeździe na Ibisie banan długo nie schodził mi z twarzy i wspominam go do dzisiaj. Miałem też możliwość bezpośredniego porównania go z Ripmo i bez wahania wybrałbym Ripleya. Tak, Trek mógłby się z niepokojem oglądać przez ramię. Ale i tak go nie zmienię na Ibisa, bo mnie nie stać 😉

Więcej: Szybki strzał – Ibis Ripley

Specialized Stumpjumper

Jeździłem na nim zdecydowanie za krótko. W zasadzie tak krótko, że nawet nie traciłem czasu na zdjęcia. Stumpjumper idealnie wpisuje się w to, czego oczekuję od roweru. Podczas jazd testowych na Test the Best zrobił na mnie na tyle dobre wrażenie, że z ogromną przyjemnością wsiadłbym na niego jeszcze niejeden raz. I wystarczyło, by znalazł się w tym zestawieniu.

Devinci Hatchet

Gravel idealny. Lekki, niesamowicie wygodny i szybki. Idealny zarówno na gładkich asfaltach, jak i w lesie. Rower, na którym jednego dnia przejechałem prawie 100 kilometrów w różnych warunkach, a kolejnego wsiadałem na niego z uśmiechem na twarzy. Tym bardziej ostrzę sobie zęby na testy rowerów MTB od Devinci!

Więcej: Przede wszystkim komfort – Devinci Hatchet

Bonus: Marin Gestalt. Marin, którym jeździłem po chorwackich asfaltach udowadnia, że sprawny, w miarę uniwersalny gravel nie musi kosztować furmanki pieniędzy. Zaskoczył mnie wygodą na kilkudziesięciokilometrowych asfaltowych trasach i sprawnością podczas wypadu na Magurkę. Brawa dla Marina!

Więcej: Gravel, czyli taka fajna szosa

Bonus 2: najlepszy elektryk

Na każdym kroku powtarzam, że elektryki to nie moja bajka. A jednak jakoś tak się złożyło, że w tym roku jeździłem na całkiem sporej ich ilości. Zdecydowanie na plus wyróżnił się spośród nich Whyte E-150. Głównie dlatego, że w większości sytuacji w ogóle nie daje poznać, że jest elektrykiem i zachowuje się… po prostu jak Whyte.

Więcej: Szybciej, wyżej, dalej – Whyte E-150 S

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *