Szosą po Istrii.

Kiedy znajomi proponują nam majówkowy wypad do Chorwacji, nie zastanawiamy się długo. Niestety później dodają, że charakter wyjazdu ma być… szosowy.

Jednak perspektywa spędzenia kilku dni w ciepłej, bliskiej mi z pewnych względów Chorwacji, w dodatku w dobrym towarzystwie, bierze górę i w końcu przymykam oko na perspektywę jeżdżenia po asfalcie.

Destynacja: Istria

Przy wyborze miejsca kierujemy się jedną zasadą. Ma być blisko. W końcu weekend trwa tylko pięć dni… jakkolwiek by to nie brzmiało. Wybór pada na północno-wschodnią Istrię. Od razu kieruję uwagę w okolice Opatiji, którą pamiętam z pobytu kilkanaście lat temu. Nocna podróż zajmuje nam koło 11 godzin, licząc z przerwami. Niedzielny powrót wypada nieco krócej.

Nie zawracamy sobie głowy szukaniem noclegów. Ostatecznie lądujemy w miejscowości Ičići, tuż koło Opatiji. Nocleg znajdujemy bez problemu, w dodatku w cenie, która na portalach rezerwacyjnych jest nieosiągalna. Samo Ičići może wydawać się dziurą, ale miejsc noclegowych tu nie brakuje. Plaża jest niewielka, ale w maju nie cieszy się popularnością. Do tego kilka sklepów, kantor, restauracje (polecamy Venezię!) a dla wymagających marina – nic więcej nie trzeba. Opatija ma nieco więcej ambicji i próbuje być zachwycającym, pełnym przepychu kurortem. Jak na chorwackie standardy wychodzi chyba całkiem nieźle, ale do Monte Carlo jeszcze daleko.

Rijeka – misja ewakuacja

Rowerowe wypady zaczynamy od odwiedzin w Rijece. Sama trasa niczym specjalnym się nie wyróżnia – jest wąsko, ruch duży, od czasu do czasu można popatrzeć z góry na morze. Również po Rijece jeździ się źle. Samochodów tu od groma, a duża część ulic (często trzypasmowych) jest jednokierunkowa. Dlatego po dłuższej chwili bezsensownego snucia się po mieście rozdzielamy się – ja i dziewczyny postanawiamy uciec z miasta na wzgórze zamkowe.

Sam podjazd na Trsat jest chyba najciekawszym rowerowo punktem dnia. Zamek jest nieduży, wstęp darmowy, w środku działa jakaś knajpka. Wszystko jednak przyćmiewają widoki. Widziana z tej perspektywy Rijeka naprawdę może się podobać.

Ogólnie to miasto jest ciekawe. Niby ośrodek przemysłowy, niby największy port Chorwacji, a przemysłowego charakteru jakoś tu nie widać. Co chwilę mijamy za to zabytki, teatry czy uczelnie. Nie bez powodu Rijeka ma zostać Europejską Stolicą Kultury 2020. Na pewno trzeba tu kiedyś przyjechać na dłużej. Tylko nie na rowerze…

Route 66. Tylko zamiast L.A, na końcu czeka… komin

Droga 66 jest… ładna. Mijane miasteczka mają swój urok, co jakiś czas można odpocząć na plaży, podczas jazdy niemal cały czas towarzyszy nam widok na morze i góry.

Ok, tak naprawdę ta droga niczym się nie różni od innych. Jest po prostu wielokilometrowym morzem asfaltu. Kręcisz i kręcisz i czekasz aż coś się zacznie dziać. Jadąc od Opatiji do Plomina prawie cały czas trzeba pedałować, ale nie ma tu ani jednego podjazdu, który by zapadał w pamięć.

Jej siła tkwi w malowniczości. W mijanych miasteczkach można na chwilę wyrwać się z szosowego marazmu, klucząc wąskimi uliczkami i poznając lokalny koloryt. Tutaj życie toczy się swoim tempem – jest piątek, wczesne popołudnie, a mieszkańców najłatwiej spotkać w knajpach.

Naszym celem jest Plomin. Miejscowość, w której z malowniczej zatoki wyrasta jeden z najwyższych kominów świata. Stanowi on element elektrowni, ma 340 metrów wysokości i jest najwyższą konstrukcją w Chorwacji.

W drodze powrotnej pozwalamy sobie na małe urozmaicenie. Niestety nie dotyczy ono nawierzchni…

W miejscowości Brseć odbijamy w lewo, w równoległą drogę prowadzącą do miasteczka Mošćenička Draga. Zaczyna się konkretnym podjazdem. Widoków początkowo nie stwierdzono, ale w pewnym momencie morze znów nam się pokazuje.

Podjazd kończy się w miejscowości Sveta Jelena. Niestety, kolejne minuty spędzamy na przystanku, chroniąc się przed deszczem. Po wyjściu okazuje się, że 20 metrów dalej był pub… A potem zaczyna się zjazd. I wreszcie zaczynam się dobrze bawić. Jest szybko, kręto, z fajnymi widokami.

Zabawę psuje jedynie woda, kapiąca z góry i spod kół. I świadomość, że zjazd się kiedyś skończy i dalej trzeba będzie jechać znaną już, mało porywającą drogą. Jeżeli jednak coś miałoby mnie przekonać, że z szosy można czerpać przyjemność, to ten zjazd ma duże szanse.

Vojak – zaburzone proporcje

Najwyższy szczyt w paśmie Učka w Górach Dynarskich. 1401 m n.p.m. Ponad 20 kilometrów podjazdu. Podjazdu, który boli. Do walki zagrzewają wysmarowane na asfalcie hasła. Szkoda tylko, że mijane co chwilę „Mark c’monn” nie jest skierowane do mnie.

Wyjazd na Vojaka przesuwaliśmy ze względu na niekorzystną pogodę. W ostatni dzień pobytu wcale nie była lepsza. Postanowiłem jednak, że nie odpuszczę. Ostatecznie dołączyli do mnie jeszcze Ania i Paweł, tylko Basia się wyłamała.

Niestety, im wyżej wjeżdżaliśmy, tym gorsza pogoda nam towarzyszyła. Paweł odpuścił po dotarciu do restauracji Učka i na szczyt ruszyliśmy tylko we dwoje.

Głównie chyba dla własnej satysfakcji, bo mgła nie dawała wielkich nadziei na jakiekolwiek widoki. Na szczęście w momencie, gdy dotarliśmy na górę zaczęła się przerzedzać, nagradzając nasz wysiłek przyjemnymi dla oka widokami.

A potem następuje kolejny tego weekendu zjazd, który mogę śmiało nazwać fajnym. Szkoda tylko, że proporcje są takie zaburzone – podjazd liczony w godzinach zjeżdżamy w kilkadziesiąt minut…

Czy było warto?

Jeżeli można spędzić kilka dni w innym, ciekawym kraju, to zawsze warto. Nawet jeśli rowery potraktujemy jako dodatek. Istria – i Chorwacja w ogóle – jest godna uwagi nie tylko ze względu na stosunkowo niewielką odległość z Polski. To po prostu miejsce, w którym fajnie można spędzić czas – nieważne, czy lubisz zwiedzać, smażyć się na plaży czy przesiadywać w knajpach. Na krótki rowerowy wyjazd wypadła jednak tak sobie – i to abstrahując od mojej niechęci do asfaltu i szosy. Wjazd na Vojaka to punkt obowiązkowy. Jeżeli jesteście szosowymi harpaganami możecie połączyć go z drogą 66 i… z naszych doświadczeń to w zasadzie tyle. Oczywiście jest jeszcze zachodnia część półwyspu. I jakieś bike parki, jak będziecie chcieli wziąć rowery górskie. A potem można opuścić Istrię i jechać na południe Chorwacji. Jak dobrze, że majówka jest co roku…

1 thought on “Szosą po Istrii.”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *