Rywalizacja niejedno ma imię

„Mnie wynik nie interesuje, jadę dla przyjemności” – to najczęstsze kłamstwo słyszane na liniach startowych. Bo jak już przyjdzie co do czego, w każdym odzywa się gen zwycięzcy.

Nie ma znaczenia, czy startujesz w zawodach o randze mistrzostw, lokalnym wyścigu o uścisk dłoni burmistrza czy rywalizujesz sam ze sobą i kumplami o najlepsze wyniki na Stravie. Chęć pokonania nie tylko innych, ale i samego siebie, zawsze bierze górę a każdy kolejny start traktujesz, jakby był tym najważniejszym w życiu. My oboje szczególnie polubiliśmy te formy rywalizacji, które łączą współzawodnictwo z aspektem towarzyskim. Dlatego niespecjalnie przypadły nam do gustu maratony MTB, lubimy za to rajdy na orientację czy alleycaty. Zawody enduro też pewnie polubimy, jak już się odważymy w nich wystartować. Jednak w tym roku na tapecie pojawiła się zupełnie inna dyscyplina – goldsprinty.

p1110282 

Aha, fajnie. A co to jest?

GoldSprinty to wyścigi na rolkach do treningu kolarskiego. Zawodnicy na rowerach stacjonarnych konkurują ze sobą w parach, podczas gdy towarzyszy im doping publiczności i wrzawa toczącego się wydarzenia. Historia wyścigów na rolkach sięga początku kolarstwa, zaś same GoldSprinty są dość nowe i ściśle związane z kulturą kurierów rowerowych. Wszystko zaczęło się w Zurychu, w ramach Mistrzostw Świata Kurierów Rowerowych w 1999 roku. Tego rodzaju zawody po raz pierwszy zaproponował Adrien Weber, namiętny rowerzysta i właściciel browaru TurbinenBräu w Zurychu, toteż konkurencja otrzymała miano marki piwa produkowanego przez Webera, czyli „Gold-Sprint”. W przeciwieństwie do tradycyjnych wyścigów na rolkach, gdzie zawodnicy muszą utrzymać równowagę, w GoldSprintach przedni widelec przymocowany jest do podłoża, dzięki czemu rower jest stabilny, a zawodnik może skoncentrować się na jak najszybszym pedałowaniu. Mając ułatwione zadanie, każdy może spróbować swoich sił w GoldSprintach. Wyścig odbywa się na dystansach od 200 do 500 m, a nawet do 1 km w zależności od formy zawodów. Rolki podłączone są do urządzenia mierzącego czas przejechanego dystansu. Cała rywalizacja przedstawiana jest na ekranie bądź rzutniku.*)

p1110741

Trudne początki

Nasza przygoda z goldsprintami trwa krótko. Pierwszą styczność z tą dyscypliną mieliśmy w zeszłym roku podczas trwającego w Bielsku-Białej PCMC – ale tylko jako kibice. W tym roku goldsprinty w szeroko pojętej okolicy pojawiały się znacznie częściej, głównie za sprawą ekipy Carbon Sprints, która organizuje między innymi Śląską Ligę Goldsprintów. Do Bielska wpadli już w maju. Basia postanowiła pokazać wtedy, kto z nas dwojga nosi spodnie i zdecydowała się na start. Ja uznałem, że nie będę się publicznie ośmieszać. Na swoją szansę startu musiałem czekać do września – na kilka imprez, które w międzyczasie odbyły się na Śląsku nie udało nam się dotrzeć. Czas – zgodnie z oczekiwaniami – wykręciłem beznadziejny. Nie lepiej było w zeszłą sobotę, podczas goldsprintów w Katowicach.

To jest jak alkohol. Potem jest Ci źle, ale nie możesz się powstrzymać.**)

Te kilkanaście sekund mocno daje się we znaki. Za pierwszym razem ledwo zszedłem z roweru i dochodziłem do siebie przez dobry kwadrans. I nie mogłem się doczekać, aż będzie mi dane przejechać te trzysta metrów po raz kolejny. Przecież muszę poprawić swój wynik! Póki co się nie udało, więc wciąż czuję niedosyt. A niedosyt oznacza, że przy najbliższej okazji zobaczycie mnie na kolejnych goldsprintach. Mam do urwania przynajmniej 1,5 sekundy. Albo i dwie. Wiecie – gen zwycięzcy.

*) cytat za Carbon Sprints

**) zasłyszane

Zobacz też:

2 thoughts on “Rywalizacja niejedno ma imię”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *