Odkrywając Żywiecki (Złatna-Hala Lipowska-Hala Rysianka-Krawców Wierch-Złatna)

Wypychy, przedzieranie przez krzaki, zmęczenie – tripy w nieznane bywają frustrujące. A jednak na koniec dnia człowiek i tak stwierdza, że było zajebiście.

Na ekranie komputera nie wyglądało to źle. Profil wysokościowy sugerował kilka wypychów, ale bez większej tragedii. Jednak na ekranie komputera pewnych rzeczy nie widać. Na przykład tego, że szlak niebieski ze Złatnej na Halę Lipowską na początkowym odcinku jest wąską ścieżynką schowaną wśród zarośli. Przedzieranie się nią z rowerem nie jest łatwe, a miejsc, w których da się jechać jest jak na lekarstwo.

W końcu docieramy do przecięcia szlaku z jakąś drogą. Na mapach jej nie widać, postanawiamy więc trzymać się szlaku. O dziwo robi się znacznie przyjaźniej – niemal natychmiast wsiadamy na rowery i jedziemy bez żadnych przeszkód. Ale tylko do momentu, w którym szlak przecina kolejna – tym razem znacznie szersza – szutrowa droga. Ktoś wymyślił bowiem, że na pieszym szlaku turystycznym zajebiście sprawdzą się schody. Stopnie z ułożonych poprzecznie drewnianych belek może i są wygodne dla niedzielnych turystów w klapkach, ale do wypychania roweru nadają się średnio. Wybieramy więc szutrówkę. Początkowo powoli zdobywamy wysokość, jednak w pewnym momencie droga prowadzi ostro w dół. Jak na dłoni widać, że kawałek dalej zaczyna się ostry podjazd, a następnie droga lawirując łączy się z żółtym szlakiem prowadzącym na Halę Lipowską z Zapolanki. Jadąc nią dalej nadłożymy sporo kilometrów. Na szczęście (albo i nie) z prawej strony wyrasta kolejna droga, która powinna doprowadzić nas do wspomnianego żółtego szlaku na przełaj. Problem – to prawie pionowa, kamienista ściana. Oczywiście, że ją wybieramy.

Kolejne kilka kilometrów można podzielić na dwa etapy:

  • wspinaczka z rowerem na plecach
  • wypych przez zarośla i łąki

I najlepiej szybko o nich zapomnieć. Na szlak żółty docieramy wycieńczeni. Ja z uśmiechem na ustach, podśpiewując sobie „Przygoda, przygoda…”. Basia… cóż, w skrajnie odmiennym nastroju…

Na szczęście żółty szlak okazuje się całkiem przyjemny i bez kolejnych niespodzianek docieramy na Halę Lipowską i dalej na Rysiankę. Dzieli je tak niewielki dystans, że postój w pierwszym schronisku nie ma większego sensu. Na Rysiance robimy za to dłuższą przerwę.

Zjazd zaczynamy czarnym szlakiem w kierunku Złatnej, a następnie odbijamy na żółty w kierunku przełęczy Bory Orawskie (Mútňanske sedlo). Zjazd typowo beskidzki – morze kamieni i miejscami dość stromo. Przyjemność znikoma, ale ważne, że jest w dół. Przynajmniej do czasu – na Bory Orawskie znów zmuszeni jesteśmy rowery wynosić. 

Kolejne długie kilometry to jazda wzdłuż granicy. Charakter zmienia się diametralnie. Jest raczej płasko, z dwoma czy trzema konkretnymi podjazdo-wypychami i kilkoma krótkimi, acz przyjemnymi zjazdami. Kamieni brak, o urozmaicenie dbają za to korzonki, zagradzające przejazd powalone drzewa i grząskie błoto. Widać walkę z tym ostatnim – leśnicy (czy kto tam się szlakami zajmuje) ułożyli na najgorszych fragmentach deski, po których da się przejechać bez grzęźnięcia w błotku.

Pokonanie tego przygranicznego odcinka zajmuje nam zaskakująco dużo czasu. Jazda w większości nie jest specjalnie angażująca i powoli przełączam się w tryb „zombie”. Ratuje mnie dotarcie do ostatniego punktu wyprawy, czyli Bacówki na Krawcowym Wierchu.

Słońce jest coraz niżej, ale decydujemy się na kolejną przerwę, a potem zjeżdżamy niebieskim szlakiem do Złatnej. Opisywałem go już ostatnio i nie zdążył się od tego czasu zmienić. Tym razem jednak udało się go nagrać:

Zapis trasy dla lubiących wypychy: https://www.strava.com/routes/15070733

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *