Nasze spojrzenie na Joy Ride

Joy Ride w Kluszkowcach. Dla wielu punkt obowiązkowy w rowerowym kalendarzu. W nasze kalendarze wpisywany był od kilku lat. Niestety nad naszymi wyjazdami na Joy’a wisiała chyba jakaś klątwa, bo dotarliśmy na niego dopiero w tym roku.

O tym, jak wyglądał nasz weekend w Kluszkowcach dowiecie się z filmu. W dużym skrócie – potraktowaliśmy ten wyjazd turystycznie. W planach mieliśmy dużo jeżdżenia poza festiwalem, testy rowerów i dobrą zabawę w rowerowym towarzystwie. Dwa pierwsze udały się w mniejszym lub większym stopniu, trzecie w pełni. A jakie mam przemyślenia po festiwalowym weekendzie?

Punkt 1: Fantastyczna okolica

Jeżeli jeszcze nie obejrzeliście filmu (shame, shame, shame), to wróćcie do niego i zobaczcie ostatnie kilka minut. Okolice Jeziora Czorsztyńskiego są obłędne. Tak malownicze, że miejscami ocierają się o kicz. Podczas krajoznawczej wycieczki aż się prosi, by zwolnić i po prostu cieszyć oczy widokami. I nie przeszkadza nawet, że pokonujesz tę samą trasę po raz trzeci. W dole połyskuje spore jezioro z górującymi nad nim zamkami w Czorsztynie i Niedzicy, a Pieniny stanowią tło dla majaczących gdzieś w oddali, wciąż ośnieżonych, Tatr. Plus wszechobecna zieleń i urokliwe miasteczka. Tu warto przyjechać na weekend leniwego kręcenia, niezależnie od tego, czy akurat trwa Joy Ride, czy nie.

Punkt 2: Ściganie czy chill?

Wspominałem już, że do festiwalu podeszliśmy po swojemu? Do ścigania nam daleko, podobnie jak do latania po bikeparkowych airlineach, pucharówkach i freeridówkach. Ale przez te trzy dni chyba nikt nawet przez chwilę nie narzekał na nudę. Było miejsce i dla lubiących adrenalinę i dla tych, którzy preferują luźne jazdki z ekipą. Startujący mogli wybierać między maratonem, dualem, enduro i downhillem (albo pojechać nawet trzy z nich), polatać na flybagu, powykręcać whipy czy wskoczyć na pumptrack. Była też opcja chillu, z darmowymi wyciągami i testami rowerów. Do tego wycieczki na rowerach górskich i elektrykach oraz szosowe dla tych, którzy chcieli na własnej skórze przekonać się dlaczego szosa ssie. W przerwach można było przybić piątkę z zawodnikami i ulubionymi blogerami (albo z nami), pokibicować tym, którzy mają większe jaja, albo obczaić najnowszy sprzęt i pogadać z wystawcami. A jak lało – a jak już na pewnie wiecie lało dużo – z pomocą przychodził bar.

Punkt 3: Mały testowy chaos

Z każdej okazji do przejechania się na jakimś nowym rowerze korzystamy skwapliwie. Dlatego podczas festiwalu zapisaliśmy się na testy. Niestety ze względu na mały chaos organizacyjny nie wszystkie testy przebiegły jak należy. W dodatku na jazdy testowe zdecydowaliśmy się w niedzielę, więc część sprzętu była… mocno zmęczona trzema dniami katowania. Testy najczęściej trwały pół godziny. Jakby to powiedzieć… mało. Dzięki wyciągowi jak ktoś się mocno spiął to mógł się pokusić o kilka zjazdów. Problem w tym, że testując rower trailowy czy nawet enduro chciałoby się wiedzieć też, jak on podjeżdża. A tu wyciąg raczej nie pomaga. Z drugiej strony dla wielu zwykłych zjadaczy chleba była to pewnie jedyna w życiu okazja, by choć na chwilę wskoczyć na raczej egzotyczne rowery typu Marin Wolf Ridge (oczywiście, że skorzystałem z tej możliwości!) czy zupełne świeżynki, jak nowy Stumpjumper.

Punkt 4: Praktyczny wymiar elektryka

To nie jest tak, że nie lubię elektryków. Po prostu do tej pory nie znalazłem w nich ani grama funu. Dostrzegam jednak ich aspekty praktyczne. Wsparcie dla osób mniej sprawnych fizycznie, możliwość wyskoczenia na rower kiedy mamy mało czasu. Nawet ta teoria, że dzięki elektrykowi można zrobić więcej kilometrów po górach i też się zmęczyć, chociaż nieco naciągana, jest do przełknięcia. Podczas elektrycznej wycieczki na festiwalu znaleźliśmy jeszcze jedno zastosowanie – świetnie się sprawdzają, kiedy wokół szaleje burza i trzeba szybko spier… no, wiecie.

Punkt 5: I co dalej?

Nie ukrywam, że z Joy Ride’a wyjeżdżałem z uczuciem lekkiego niedosytu. Częściowo za sprawą pogody, a częściowo dlatego, że jesteśmy organizacyjnymi niedorajdami i nie udało nam się zrealizować w pełni własnych założeń (w dodatku doskonale dobraliśmy się pod tym względem z towarzyszącymi nam znajomymi, więc niemal każdy dzień festiwalu zaczynaliśmy grubo po południu). Ale w sumie to dobrze – z tym większą ochotą pojadę na kolejny festiwal. Mam nadzieję, że dotychczasowa klątwa Joy Ride’a została zdjęta i będzie to już za rok!

Zobacz też: 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *