Kto nie ryzykuje, ten…?

Odważna, ryzykowna, a dla wielu pewnie niezrozumiała. Decyzję o tym, by kupić prototypową ramę firmy z niewielkim doświadczeniem w tym zakresie można określić na wiele sposobów. Co mną kierowało?

Punkt widzenia zależy od punktu siedzenia?

Z perspektywy Dragon Bike Components sprawa wydaje się jasna – dzięki mojej decyzji i wkładowi finansowemu mogli zrobić jedną ramę więcej. W dodatku w innymi rozmiarze niż dwie pozostałe. Wydaje mi się też, że jako użytkownicy doskonale się uzupełniamy – każdy z nas ma inny styl jazdy, inny poziom umiejętności i inne oczekiwania wobec rowerów. Jako osoba nie związana z projektem, nazwijmy to, emocjonalnie, mogę na pewnym etapie stanowić głos rozsądku. Wiecie o co chodzi – matka zaślepiona miłością do dziecka nie dostrzega jego wad, nawet jeśli urodziła psychopatę. Jeżeli chłopaków z DBC zbytnio poniesie w zachwytach nad swoim dziełem, moją rolą będzie sprowadzenie ich na ziemię. Poza tym trzy ramy są lepiej widoczne od dwóch. Ludzie zwracają uwagę na ten rower i często o niego pytają. Moje działania na blogu czy kanale, nawet jeżeli nie docierają do dziesiątek tysięcy odbiorców, na pewno wpłyną na rozpoznawalność Flame’a. Krótko mówiąc DBC wygrywa na każdym polu 😉 A ja?

Zróbmy coś szalonego!

Szczerze mówiąc kiedy Rafał zaproponował mi udział w projekcie Flame nie zastanawiałem się długo. Wymianę ramy i tak miałem w planach. Postanowiłem zaryzykować. Co mogłem zyskać? Przede wszystkim Flame jest kolejnym krokiem w moim rozwoju. Rok temu przesiadłem się z taniego sztywniaka na przeciętnego fulla. Teraz jeżdżę na enduro ze skokiem 170 mm i geometrią nastawioną na zjazd. A to skłania do wjeżdżania na ścieżki, na które na sztywniaku nawet nie myślałem się zapuszczać, a na Steppenwolfie pokonywałem z duszą na ramieniu. Jasne, mogłem kupić Moona albo dowolną inną ramę enduro. Uznałem jednak, że czas na odrobinę szaleństwa – dlaczego jeździć na czymś, na czym jeżdżą setki osób, skoro mogę mieć rower jedyny w swoim rodzaju? No i przecież prowadzę bloga, więc zamiast pisać o rowerach, o których piszą wszyscy, mogę jako jedyny pisać o nowym polskim produkcie, który jeszcze nie wszedł na rynek! Nie ukrywam, że liczyłem na szum, jaki może wywołać ten rower. Sezon w pełni i wygląda na to, że się nie przeliczyłem. A szum wokół roweru powinien się przełożyć na popularność chociażby bloga. Taak, marketing level: master…

Plusy ujemne

Oczywiście prototyp rządzi się swoimi prawami i trzeba się z pewnymi sprawami pogodzić. Jest w ramie kilka rzeczy, które wypadałoby zmienić. Nad częścią z nich trwają prace, z innymi chyba trzeba się pogodzić. W dodatku ograniczony budżet nie pozwolił na złożenie roweru do końca tak, jakbym chciał. Jednak plan na ten rok jest prosty – skupić się na ramie i jeździć jak najwięcej. W momencie, gdy wszystkie elementy ramy będą dopracowane, skupię się na reszcie i dopieszczaniu szczegółów. Po głowie chodzi mi już ostateczny kształt mojego Flame’a na przyszły sezon – począwszy od drobiazgów, jak mocowanie przewodów, przez zupełnie inną kolorystykę, skończywszy na wymianie niektórych komponentów. Ile z tych założeń uda się zrealizować? Czas pokaże…

Może Cię zainteresuje:

1 thought on “Kto nie ryzykuje, ten…?”

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *