Coś poszło nie tak… nieudany wypad na Krawców Wierch

Nie zawsze wszystko idzie tak, jak powinno. Wyczekiwany od dawna wypad w góry może okazać się totalną klapą. Właśnie tak było podczas naszej wycieczki na Krawców Wierch…

Plan był prosty – dojeżdżamy do bacówki na Krawcowym Wierchu z Glinki, zaliczamy którąś z pętli po słowackiej stronie i na koniec zjeżdżamy niebieskim szlakiem do Złatnej.

Postanawiamy wjechać najwyżej jak to możliwe samochodem. Wjeżdżamy na asfaltowy podjazd, zaczynający się przy szkole i kościele w Glince i od razu staje się jasne, że to był dobry wybór. Jest tak stromo, że kilka razy ogarnia mnie zwątpienie, czy nasz słabiutki Opel sobie poradzi. Zdecydowanie nie chciałbym się tu pchać na rowerze. Samochód zostawiamy na rozjeździe przy agroturystyce, kilkaset metrów przed końcem utwardzonej nawierzchni (punkt startowy na tracku GPX). Dalej ruszamy na rowerach. Podjazd okazuje się całkiem przyjemny – praktycznie cały czas prowadzi szeroką, wygodną szutrówką. Nie ma też takich stromizn, jak te na samym początku. Największy minus jest taki, że przez większość trasy jesteśmy na otwartej przestrzeni. Z utęsknieniem wypatrujemy zalesionych odcinków, dających wytchnienie w cieniu. Spokojnym tempem, bez przesadnego zmęczenia, po około 30 minutach docieramy do Bacówki.

Z Krawcowego Wierchu startuje kilka tras pieszych, narciarskich i rowerowych. Wszystkie są opisane na stronie, ale nie są oznakowane – żeby się nie pogubić, należy skorzystać ze śladów GPS. Po dłuższym odpoczynku i debacie na temat preferowanej dalszej trasy decydujemy się na jedną z pętli prowadzącej przez Słowację. Niestety track nie do końca chce współpracować z naszymi telefonami. Na domiar złego deszcz, który widać w oddali, nadciąga w naszą stronę. Zaczyna padać dokładnie w momencie, kiedy udaje nam się jako tako zapanować nad technologią.

Pogoda nie może się zdecydować – na zmianę pada i grzeje. Basia wyraźnie traci ochotę na dalszą jazdę, więc skracamy wycieczkę i podejmujemy decyzję o zjeździe. Ruszamy niebieskim szlakiem w kierunku Złatnej.

Zjazd okazuje się stosunkowo łatwy. Początkowo prowadzi wąskim singlem, potem robi się znacznie szerzej. Końcówka to znów wąski singiel w lesie, tym razem jednak nieco bardziej stromy. Nie ma tu zbyt wielu korzeni czy luźnych kamieni. Największym utrudnieniem jest bardzo głęboka i dość szeroka koleina wyrzeźbiona przez spływającą wodę. Miejscami jest bardzo wąsko, a do tego ślisko przez wciąż padający deszcz – trzeba uważać. 

Szybko docieramy do asfaltu i wracamy kilka kilometrów do Glinki. Tu czeka na mnie jeszcze jedno wyzwanie – wspinaczka do samochodu. To zdecydowanie najsłabszy punkt planu, by zostawić auto na górze. Basia z rowerami zostaje koło szkoły w Glince, a ja zaczynam podejście. Mam przynajmniej trochę czasu na przemyślenia. To miała być długa, luźna wycieczka. Przynajmniej 30 kilometrów relaksu. Wyszło 15 w „nieco” nerwowej atmosferze. I tak jeden z najbardziej wyczekiwanych wypadów skończył się klapą… Z Krawcowym Wierchem zostają nam rachunki do wyrównania…

GPX: https://www.strava.com/routes/14384806

Zobacz też:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *